Czasami mam wrażenie, że ugrzęzłem w jakimś niekończącym się koszmarze. Nierealność tego, co się dzieje, nie pozwala normalnie funkcjonować. Wiem jednak, że prawda jest dużo bardziej smutna i przerażająca. Najprościej byłoby, gdyby to wszystko okazało się tylko ponurym snem, który nagle się skończy i wraz z nim zniknie lęk, niepewność, wszechogarniający fałsz i poczucie absurdu.
Dziś wszystko, czego mnie nauczano, wszystko, w co wierzyłem, wszystko, co jest dla mnie ważne, stało się obiektem nieustannego ataku. Bóg, Honor, Ojczyzna i młodzieńcze ideały, wartości, które nagle znikły, a szukać ich można już tylko w starych księgach, opowieściach i podaniach. Naród, dawniej dumny, szlachetny i odważny, zmienił się w skłócone stadko baranów pokornie prowadzone na rzeź. Prawda stała się wrzodem, zbędnym balastem, ciążącym wszystkim naokoło. Samo wołanie o prawdę jest dziś czymś w złym tonie, dlatego nazywa się je spektaklem nienawiści, niesprawiedliwym atakiem, furią oszołomów.
Rozglądam się i widzę świat odwróconych pojęć. Tkwię w rzeczywistości odartej z wszelkich wartości. Wszystko uległo zrelatywizowaniu. Dziś już można dopuścić się każdej podłości, zbezcześcić nawet to, co dawniej uchodziło dla moich przodków za świętość i nic się nie stanie, bo nic już nie szokuje.
Czy tak właśnie wygląda agonia narodu? Czy w ten sposób bezpowrotnie ginie świat najważniejszych pojęć dla Polaków stąpających po tej ziemi, zanim my się pojawiliśmy? W głowie mam wiele takich pytań. Chciałbym po prostu zrozumieć to wszystko, z czym muszę zmagać się każdego dnia. Jak wytłumaczyć zachowanie tylu milionów rodaków? Czy oni nie widzą, jakie mamy elity? A w zasadzie pseudoelity, bo w postępowaniu tych wielce "oświeconych inteligentów" trudno doszukiwać się jakichkolwiek pozytywnych uczuć względem narodu polskiego. Politycy myślą tylko o sobie i swoich korzyściach. Mogą kłamać w żywe oczy, zostać przyłapani na kłamstwie i zamiast spodziewanego ostracyzmu, w nagrodę otrzymają jeszcze najwyższe urzędy państwowe. Dziennikarze, chociaż nie, przepraszam, mój błąd, nad Wisłą nie ma już ludzi trudniących się tym zawodem, po 10.04.10 nie ma nikogo, kogo można byłoby nazwać dziennikarzem, są tylko funkcjonariusze partyjni, propagandowe przekaźniki kłamstw bez wyjątku tak lewicowych, jak i prawicowych, w zależności od własnych sympatii. Intelektualiści, którzy w pogardzie mają polskość, a jedyne o czym myślą, to jak na każdym kroku potwierdzić, że są prawdziwymi Europejczykami. Osoby odpowiedzialne za kształcenie młodego pokolenia, które stały się zakładnikami własnej paranoi i same odebrały sobie narzędzia pozwalające wychować młodzież na przyzwoitych ludzi. Można tak wymieniać i wymieniać, kolejne grupy społeczne i kolejne zawody.
Czy to wszystko nie brzmi jak jakiś koszmar? Ktoś powie, że bredzę, ale czego jeszcze potrzeba, żeby wreszcie przejrzeć na oczy? Przecież wszystko już było, opluty Krzyż, obsikane znicze, zbezczeszczony mundur, polska flaga w odchodach, skorumpowani urzędnicy i politycy, afera goniąca aferę, niekończące się upokorzenia Polski i Polaków przy nieudolnych próbach wyjaśniania największej tragedii narodu po II wojnie światowej.
Dziś spoglądam na ten cały przygnębiający spektakl, który, gdyby nie tragizm naszego położenia, śmiało można byłoby nazwać cyrkiem i zaczynam doskonale rozumieć, co miał na myśli Kurtz w „Jądrze ciemności”. Zgroza, zgroza…



Może ja nie dożyję, a Ty musisz mieć nadzieję.